niedziela, 14 października 2012

Ulica Pokątna

  Szłam za Hagridem, a właściwie to biegłam. Na londyńskich ulicach zwracał na siebie uwagę, niektórzy ludzie nawet przystawali na chwilę i pokazywali go sobie palcami. Szczyt chamstwa. Jednakże Hagrid nawet się tym nie przejmował.
- Cholibka, wszyscy tu są tacy karzełkowaci. Co to jest?  - zapytał mnie nagle wsazując na budkę telefoniczną.
- To przecież budka telefoniczna.
- A co się nią robi? - zapytał. Wyglądał na podnieconego.
- Dzwoni się i rozmawia z innymi ludźmi.
- Fajne to cudo. Szkoda, że w Hogwarcie takie coś nie działa - mruknął.
- Jak to nie działa?! - 10 miesięcy bez Emily wydało mi się czymś naprawdę strasznym. Z nią zawsze rozmawiałam, zwierzałam się jej. A tam nie mogłam  z nią pogadać. - Nie działa. W Hogwarcie takie rzeczy nie działają, bo powietrze jest no... za magiczne.
     Milczałam. Zero telefonu. Myślałam, że zemdleję.
- Widzisz ten pub? - spytał mnie znienacka olbrzym. Drgnęłam. Za bardzo rozmyślałam nad moją rozłąką z moją przyjaciółką.
- Jaki...? Ano, widzę.
- Mugole go nie widzą. Chodźmy tam.
- Ale przecież mieliśmy iść na ulicę Pokątną! - wydyszałam. Musiałam biec, by dorównać Hagridowi.
- Idziemy.
     W środku było bardzo dziwnie. Poczułam się nieswojo. Ściany zabarwione ciemną zielenią nadawały aurę bilardu. Tak mi się to skojarzyło. Barman nie miał włosów, a jego uśmiech ujawniał fakt, że posiadał jedynie dwa zęby, w czym jedno koloru złotego.
- To jest Dziurawy Kocioł, Jessica - poinformował mnie mój towarzysz. Gdyby nie on już bym wyszła dawno z tego baru.
- Witaj Hagridzie!
- Witaj Tom. Nie, nie. Dziś jestem tu służbowo.
    A więc barman nazywał się Tom. Nawet ładnie. Chciałam stąd jak najszybciej wyjść, więc szturchnęłam Hagrida dyskretnie w rękę. Nie mogłam sięgnąć wyżej. Chyba zrozumiał, o co mi chodzi.
- Dobra, idziemy.
    Wyszłam za nim na zaplecze. Tam znajdowały się jedynie cegły. Naprawdę mnie to zaczynało dziwić. Pomyślałam, że moja mama jednak nie za dobrze sprawdziła tego gościa. Zamierzałam uciekać, ale Hagrid zaczął macać parasolem po cegłach. I nagle stało się coś dziwnego. Jakimś cudem przede mną była ulica pełna dziwnych osób w pelerynach.
- Oto ulica Pokątna - powiedział z nutą dumy olbrzym.
   Poszłam nieśmiało naprzód. Nadal nade mną górował szok.
- To gdzie teraz idziemy?
- Idziemy po książki do Esów i Floresów. To najlepsza księgarnia pod słońcem.
    Odwiedziliśmy Esy i Floresy. Pan, który nas obsługiwał wydał mi się bardzo sympatycznym staruszkiem. Następnie byliśmy u madame Malkin. Musiałam stać nieruchomo, wtedy, gdy ona mierzyła szpilkami wielkość mojej szaty. Trochę mnie to zażenowało. W pewnym momencie jakaś dziewczyna weszła do  środka. Miała ładne, długie, jasne włosy. Twarz była pogodna, choć trochę niepokojąca. Jej grymas nie dodawał urody.
- Hej, pierwszy rok w Hogwarcie? - zapytała.
- Tak. Strasznie się boję, a ty?
- Nie ma czego. Podobno wkładasz na siebie tiarę i tyle.
- Tylko? - myślałam, że będą jakieś klasy. Nie rozumiałam już niczego.
- Tak i ta tiara cię usadzi w jakimś domu. Łatwizna - powiedziała dziewczyna.
- Domu? Jakie są domy?
- Chyba są cztery, nie wiem, wiem, że na pewno Ravenclaw, Slytherin, Hufflepuff i Gryffindor. Hufflepuff jest dla ciołków.
- Dalczego? - coraz mniej lubiłam nowo poznaną dziewczynę.
- Tam trafiają same niezdary. Chociaż... taki Gryffindor... mądrzy tam nie trafiają.
- Jak w ogóle masz na imię? - zapytałam. W końcu nie znałam  jej imienia.
- Staisy jestem. A ty?
- Jessica. Miło mi - uśmiechnęłam się, a dziewczyna odwzajemniła uśmiech.
- A z jakiej rodziny pochodzisz?
- To znaczy? - Nie miałam pojęcia o co jej chodzi. Może o nazwisko?
- Rodzice twoi są czarodziejami? Moi tak. I ojciec i matka. Gardzę szlamami - powiedziała, a ja znów nie wiedziałam o co chodzi. Nie chciałam pytać znowu, co to znaczy, bo wyszłabym na idiotkę.
- Moja mama jest mugolką, a tata mugolem - oświadczyłam.
- Och, rozumiem - powiedziała dziwnym tonem. Dziwnie zmarszczyła nos - To ja lecę, pa.
- Cześć. Do zobaczenia w Hogwarcie! - krzyknęłam, a Staisy mruknęła coś, co brzmiało dość pogardliwie i wyszła z zakupami. Madame Malkin po dłuższym czasie zapakowała mi czarne szaty i wyszłam. Hagrid czekał na mnie przy jakimś dziwnym sklepie. Szyld głosił "U Ollivandera". Olbrzym uśmiechnął się i rzekł:
- Czas na różdżkę, cholibka.
    Wzięłam głęboki wdech i otworzyłam drzwi. Naprawdę byłam podniecona. Rózdżka, moja różdżka. Dumnie to brzmiało. Dzwonek zabrzmiał dźwięcznie informując właściciela budynku, że ktoś przyszedł. Starszy pan nagle wyjawił się znad lady. Jego siwe włosy sterczały ze wszystkich stron. Jego oczy omiotło moją twarz, a potem staruszek uśmiechnął się do mnie dobrodusznie.
- Witam panienkę. Można poznać imię  i nazwisko?
- Nazywam się Jessica Newton, proszę pana.
- Och, milutko. Do Hogwartu pierwszy roczek, tak? - zagadnął zza zaplecza. Szybko się tam przemieścił.
- Tak, proszę pana.
- Hagridzie, jak tam w Hogwarcie?
- A dobrze. Minerwa panuje nad sytuacją. Cholernie równa kobita.
- Szkoda, że Dumbledore nie żyje.
- On był taki dobry! - na mnie kapnęło kilka jego łez - Przepraszam... ja nie umiem jeszcze tego przełknąć.
- Hagridzie... - zaczęłam. Poklepałam go po ramieniu. Nieco się uspokoił. Czkał.
- Hm, no dobrze. Może ta - Ollivander podetknął mi różdżkę.
    Wzięłam różdżkę i machnęłam nią instynktownie. Nic nie podziałało. Trochę mi było głupio. Po chwili miałam w ręce drugą różdżkę. Również ją machnęłam za prośbą właściciela sklepu. Podpaliłam płaszcz Hagridowi.
- Przepraszam, nie chciałam! - ale Ollivander już ugasił mały pożar różdżką, z której wytrysnęła woda. Dostałam trzecią różdżkę. Tym razem bez entuzjazmu machnęłam nią. I właśnie wtedy poczułam dziwną więź. Z różdżki wydobyły się złote iskry. Przepełniło mnie nienaturalne ciepło i czułam, jakby magiczny patyczek wibrował mi w dłoni. Machnęłam i nagle pojawił się na podłodze dziki kot. Ollivander wytrzeszczył oczy, a Hagrid zaklnął pod nosem. Czyżby bali się dzikiego kota?
- Niebywałe  - mruknął.
- Przepraszam, co jest niebywałe? - zapytałam. Byłam ciekawa, co spowodowało takie ich zachowanie.
- Nikt jeszcze za pierwszym razem nie wyczarował czegoś tak skomplikowanego. Masz w sobie dużą moc. Nawet Harry Potter czegoś takiego nie wyczarował... No no no, szykuje się nam utalentowana czarownica. Różdżka ta, naprawdę niezwykła, 8 cali, włos z jednorożca, czarny bez, w miarę giętka, można by powiedzieć, że ma właściwości jak Czarna Różdżka. Różdżka sama wybiera sobie czarodzieja. Będziesz czyniła wielkie rzeczy, oby dobre...
   Zaniemówiłam z wrażenia.

7 komentarzy:

  1. świetny rozdział, przeczytałam cały i nie mogę się doczekać następnego ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. fajny blog,podoba mi się dodałam do obserwowanych:-)
    dzięki za komentarz na moim blogu:-p

    OdpowiedzUsuń
  3. fajne ;)

    pozdrawiam i zapraszam . dodajemy ? ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetne ;D
    Czekam na nastepny rozdział :>

    OdpowiedzUsuń
  5. lubię takie opowieści. Też piszę jedną, ale bardziej oparta na prawdziwym życiu, jak znajdziesz czas zerknij ;)

    http://meeting-friend.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. świetny blog. z checia sie go czyta. z wielka niecierpliwoscia czekam na nastepny wpis :)

    zapraszam : http://life-amily.blogspot.com/

    xoxo

    dzieki za obserwacje na moim blogu ;p

    OdpowiedzUsuń