Pewnego dnia jak zwykle szłam do szkoły w Londynie, która znajdowała się na Flower Drive. Zawsze się spóźniałam. Po prostu wychodziłam trochę późno z domu. Przez to miałam obniżoną ocenę z zachowania. Moją najlepszą przyjaciółką była Emily Crozen. Z nią siedziałam w ławce.
- Panno Newton. Znów się spóźniłaś! Kolejna uwaga w dzienniku - oznajmiła mi pani Spencer. Jak dla mnie nauczycielka za dużo histeryzowała. Przecież przyszłam tylko dziesięć minut później niż powinnam. Oczywiście musiałam jej coś odpowiedzieć. Inaczej pomyślałaby, że jej nie słucham, a wtedy zrobiłaby piekło w klasie. Co nawet często jej się zdarzało.
- Wiem. Przepraszam - bąknęłam i usiadłam obok Emily. Wyciągnęłam podręczniki od matematyki i naskrobałam temat. Spencer zaczęła wykład o liczbach, a ja zatonęłam w otchłani.
Miałam głupi sen. Naprawdę głupi. Czułam, że spadam i jakaś osoba podaje mi rękę, a ja frunęłam delikatnie i wszelkie odgłosy odbijały się ode mnie jak groch od ściany. Może ciało astralne wreszcie opuściło moje wnętrze?
- Jess! Obudź się, szybko! - szeptała gorączkowo Emily. Zbudziła mnie. Byłam wściekła. W tak napiętej chwili przerwała ciąg mojego snu. Usiadłam prosto na krześle. Cała klasa się na mnie gapiła. Zirytowało to mnie. Zauważyłam, że wszyscy umilkli. Pani Spencer też. Już wiedziałam, że wpadłam.
- NEWTON! WSTAŃ!
Wstałam jakby to tak od niechcenia. Tylko trochę się denerwowałam, ale w końcu pomyślałam, że nie mam czego się bać.
- Słucham, proszę pani.
- Spóźniasz się na lekcje, nie słuchasz na lekcjach i na dodatek zasypiasz. Czy możesz mi powiedzieć, czy ty z takim zachowaniem chcesz zdać do następnej klasy?! - twarz Spencer tak się zazieleniła, że jeszcze chwila, a wybuchnęłabym śmiechem. Ściskając zęby opanowałam się.
- Tak, proszę pani - nie żałowałam tych słów, pomimo, że musiałam za to słono zapłacić. Może nie byłam umysłem ścisłym, ale nie łapałam najgorszych ocen. Uważałam, że to przez menopauzę. Nie śmiałam jej tego mówić.
- Z takim zachowaniem, droga panno, nie przejdziesz do następnej klasy! Już o to zadbam. Chodź tutaj.
Posłusznie wstałam z ławki i podeszłam do biurka. Nie zdam. Też mi nowina. Dziwiło mnie jedynie jak mogę nie zdać skoro jestem jedną z najlepszych uczniów z klasy. Miałam jedenaście lat i jak na ten wiek naprawdę dużo wiedziałam. Czasem nawet zadziwiałam samych nauczycieli. Nie lubiłam określenia "kujon", ale nie mogłam zaprzeczyć, nim byłam.
- Jeszcze raz tak się zachowasz, a obiecuję ci, że już nie pojawisz się na moich lekcjach. Nigdy nie spotkałam takiego ucznia. Jesteś niepunktualna, a zarazem roztrzepana. Nie toleruję tego.
Ja? Roztrzepana? Wkurzyła mnie tym.
- Dobrze. Może tak będzie lepiej - powiedziałam, zanim ugryzłam się w język.
- Mówiłaś coś? Przepraszam bardzo, ale nie jesteś moją koleżanką, żeby tak się do mnie odzywać. Nie życzę sobie tego...
- Ale to nie jest koncert życzeń, proszę pani - już nie panowałam nad emocjami. Gadałam, co mi ślina naniosła. Skutki były katastrofalne.
- O nie. Proszę iść ze mną. Najpierw się spakuj. Idziemy do dyrektora.
O Boże, dyrektor. Naprawdę ta Spencer nisko upadła. Nie mogła sobie ze mną poradzić to szuka oparcia u dyra. Jakie to żałosne. Spakowałam się i wyszłam z klasy na nikogo się nie patrząc. Dobrze wiedziałam, że koledzy i koleżanki nie obejdą się bez plotek. Takie życie. Matematyczka wyszła za mną. Szłyśmy tak w milczeniu. Mnie to odpowiadało. Bałam się, że mogę zacząć tak pyskować, że wywalą mnie ze szkoły z prędkością światła, chociaż i tak nie miałam pewności, czy nie zostanę wyrzucona.
Profesor Eva Spencer zapukała do sekretariatu. Po chwili jednym gestem kazała mi wejść. Zrobiłam to. Przeszłam sama odważnie przez główny przedsionek, na którym wisiały różne dyplomy, medale i puchary za osiągnięcia sportowe poszczególnych uczniów. Fakt, w tej budzie kładli duży nacisk na wychowanie fizycznie. Połowa uczniów miała naprawdę dobry talent, ale inni, cóż, szkoda słów.
Nauczycielka od matematyki zawsze miała srogi wyraz twarzy. Na nosie wisiały jej wielkie okulary, które jej urody nie dodawały. Zresztą włosy zwykle spinała w mysiego kucyka. Z powodu tego, że była zbyt nerwowa straciła swoje piękne kasztanowe włosy. Pokazywała nam kiedyś swoje zdjęcie z młodości, nie wiem, po co i czy to miało coś wspólnego z przedmiotem, którego nauczała, ale jak już wiadomo, za kwestionowanie jej sposobu prowadzenia lekcji można dostać naprawdę koszmarne konsekwencje.
Dyrektor był miłym i żartobliwym staruszkiem. Zastanawiałam się nieraz, czy nie powinien on mieć teraz emerytury. Często jak się uśmiechał to zapuszczał buraka. "Burak" to jego ksywka. Nigdy jej nie używałam. Powitał nas bardzo mile.
- Witam panią Spencer i jak się nie mylę pannę Narson, tak?
- Newton - grzecznie poprawiłam.
- Z jakiej to okazji mam zaszczyt was gościć? - nie usłyszał mnie. Albo ja za cicho powiedziałam albo naprawdę miał napady głuchoty. Nadal na jego twarzy gościł uśmiech... i czerwień.
- Panna Newton zachowała się wbrew regulaminowi.
- Może niech sama nam opowie? Mam nadzieję, że to będzie interesujące, dawno nikt mi nie opowiadał czegoś ciekawego - powiedział z uśmiechem.
Zamurowało mnie. Spencer chyba też, bo widziałam jak jej oczy zrobiły się takie wielkie ze zdumienia. I z wściekłości. Zaczęłam opowiadać.
- Spóźniłam się na lekcję matmy i dostałam... znaczy się pani Spencer zwróciła mi uwagę. Usiadłam obok Emily i zasnęłam. No i pani Spencer się zdenerwowała i zaczęła na mnie zwymyślać i ja no... - nie wiedziałam jak to określić, według mnie pyskowaniem to nie było - wyraziłam swoje zdanie, co również wkurzyło... przepraszam, rozwścieczyło nauczycielkę.
Użyłam słowa "rozwścieczyło". Miałam ochotę śmiać się do łez, ale jednocześnie zirytowało mnie to, że musiałam to wszystko opowiadać obok tej Spencer. Potem nadeszła kolej na jej wersję. Powiedziała wszystko ze szczegółami. Jeszcze śmiała stwierdzić, że pyskowałam. Nigdy się nie przyznawałam do tego, że znam takie słowo. Pan Doris, tak się nazywał dyrektor nie uśmiechał się, ale też nie wyglądał na wściekłego.
- Uważam, że panna Newton powinna zostać zawieszona w prawach ucznia przez tydzień.
Moje ciało odrętwiało. Bezgłośnie powtórzyłam słowo "zawieszona". Wspaniale dzień się zapowiadał. A jeszcze lepiej rozmowa z rodzicami.
Wyszłam ze szkoły bez pożegnania. Nigdy nie płakałam. Nie byłam na tyle zdolna, by wytworzyć łzy. Wtedy też nie popłynęła ani kropla. Czułam się po prostu dziwnie, nierealnie. Jedynie bałam się reakcji moich rodziców. Byli zamożnymi ludźmi, a zarazem miłymi, serdecznymi i inne mogłabym wymieniać pozytywne cechy, ale łatwo się denerwowali. A jakby przeze mnie zawału dostali? Przemknęła mi taka myśl. Pogoda dopisywała. Słońce wysoko świeciło i ogrzewało mi ciało. I tak bym się nie opaliła, ale lubiłam się wygrzewać w takie ciepłe dni. Blada cera by mi na to nie pozwoliła. Wiatr bawił się moimi długimi, orzechowymi włosami. Także za tym przepadałam. W końcu wróciłam do domu.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam gościa. Dziwnego gościa. Spotkałam się z mutantem. Pomyślałam.
Mężczyzna był bardzo wysoki i szeroki. Jego dłoń przypominała mi rozmiary powierzchni taboretu. Włosy miał czarne i czarną brodę. Wyglądał jak jakiś niechlujny olbrzym.
- Dzień dobry - mruknęłam niepewnie.
- Cholibka, czołem. Jestem Rubeus Hagrid. Mów mi Hagrid - przedstawił mi się człowiek-mutant.
- Dobrze, a jaki jest powód twojej wizyty? I gdzie są moi rodzice? - zlękłam się, że ich pożarł. Naprawdę tak pomyślałam. Mało prawdobodobne, a jednak.
- No właśnie przyszłem ci coś powiedzieć. O rodziców się nie martw, nie bój żaby.
- Co chcesz mi, Hagridzie powiedzieć? Spieszę się. Umówiłam się z koleżanką - łgałam jak najęta. Nie miałam planów na ten dzień.
- Jesteś czarownicą?
A to ci dopiero. Pierwszy kwietnia już dawno minął.
- Słucham? - uznałam to za żałosny żart.
- Jesteś czarownicą. Jestem nauczycielem Czarodziejstwa i Magii Hogwart. Cholibka, mam tu list od dyrektora. Jest nim McGonagall, równa kobita, choć trochę wymagająca.
- Skąd te twierdzenie? - zapytałam, ale chwilę później zrozumiałam, że nie było to grzeczne z mojej strony.. Hagrid się tym nie przejął.
- A czułaś, że coś się dzieje wbrew naturze? Coś dziwnego?
- Noo... - zagłębiłam się we wspomnieniach. Marzyłam kiedyś o takiej grzywce ładnie układającej się na bok. Następnego dnia miałam taką samą, o której śniłam po nocach. Innym razem rozumiałam język nocnych ptaków. Było to dla mnie dziwne. Może naprawdę...
Uśmiechnęłam się do Hagrida. Odwzajemnił uśmiech. Uwierzyłam mu.
Ciakawie się zapowiada... ^^
OdpowiedzUsuń